Przejdź do głównej zawartości

Prolog

Prolog
Niewiele pamiętam ze swojego dzieciństwa… o ile w ogóle mogę tak nazwać ten etap życia. Każdy dzień wyglądał identycznie, nie towarzyszyły mu żadne emocje. Poza wszechogarniającą pustką nie czułam nic, jakby ktoś wypatroszył moje wnętrzności i pozostawił tylko skorupę. Z drugiej strony wspomnienia z tego okresu są tak zamazane, że czasami zastanawiam się, czy one opisuję czegoś, co nigdy nie miało miejsca.
Przebywałam w zawsze jasnym pomieszczeniu, ale co dokładnie się tam znajdowało… nie mogę sobie przypomnieć. Z pewnością leżałam na czymś przypominającym łóżko i całymi dniami wpatrywałam się w biały sufit. Z każdej strony otaczała mnie perfekcja, nie dałam rady doszukać się niczego, na czym mogłabym zawiesić oko. Co jakiś czas, co kilka godzin albo i co kilka dni, przychodzili ludzie. Wszyscy wyglądali identycznie: byli ode mnie więksi, odziani w białe szaty, z zakrytymi twarzami. Czasami tylko wydawali z siebie dźwięki, których w większości nie rozumiałam. Innym razem odpinali pasy, które otaczały nadgarstki i kazali wstawać, chodzić po pomieszczeniu, skakać i mówić. Zdarzały się jednak chwile, w których czułam okropny ból i cały dzień krzyczałam. Nie liczyło na to, czy ktoś mnie usłyszy, nie wiązałam ze swoim rozpaczliwym wołaniem żadnych nadziei. Nie czułam się również od tego lepiej, po prostu mój organizm zmuszał do wrzasku, więc to robiłam.
Tylko tyle. Nic więcej nie mogę sobie przypomnieć. Jednak z jakiegoś powodu na samą myśl o tamtym miejscu czuję strach i to tak ogromny, że nie jestem w stanie się ruszyć. Być tam to jakby nie istnieć w ogóle. To jak żyć i być martwym jednocześnie. Cierpieć i nie być zdolnym do cierpienia. Być tam to nic. Prawdziwe, wszechogarniające nic.
Pierwsze wspomnienie, które mogłabym przywołać, dotyczyło dnia, w którym wszystko się zmieniło. Towarzyszył temu niepokój, strach… ale zupełnie inny niż ten, który przejmuje nade mną kontrolę dziś. Kiedy każdy twój dzień wygląda tak samo, kiedy nie stawiasz sobie żadnych pytań, kiedy nie formułujesz w  głowie żadnych myśli ani obrazów, kiedy nie wiesz nawet, że żyjesz – wszelkie zmiany to niebezpieczeństwo. Nie rozumiesz, czego się boisz, nie umiesz nawet tego nazwać, ale wiesz, że to nie jest przyjemne.
W jasnym pomieszczeniu pojawiła się osoba i była to pierwsza twarz, którą zobaczyłam w całym swoim kilkuletnim życiu. Trudno powiedzieć, czy była ładna, czy brzydka, czy czymś się wyróżniała. W tamtym momencie nie miałam żadnego porównania. Wpatrywałam się więc w nią, bo wydawała mi się nierealna, jakby nie z tego świata. Okazało się bowiem, że pod szatami, które nosili otaczający osobnicy, coś się kryło i było całkiem podobne do mnie. Nie miałam jednak czasu, żeby przywyknąć do zmiany w krajobrazie, bo obca zaczęła szarpać się z pasami przy łóżku, zupełnie, jakby chciała je rozerwać na kawałki. Po chwili chwyciła za nadgarstki i podniosła z łóżka jak szmacianą lalkę. Jednak tylko przez chwilę trzymała mnie na rękach, zaraz potem postawiła na ziemi i pociągnęła za sobą. Nie wydała żadnego polecenia, nie zapisywała niczego na pergaminie. Po prostu wywlekła z jasnego pomieszczenia, nie zwracając uwagi na to, że małej dziewczynce plączą się nogi i nie jest w stanie dotrzymać jej kroku.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłam miejsca o takim kształcie  – były długie i strasznie ciemne w porównaniu do pokoju, w którym przebywałam do tej pory. Czułam, jak nogi drżą mi ze strachu, kiedy przemierzałyśmy kolejne korytarze: jeszcze dziwniejsze, jeszcze straszniejsze, zupełnie inne od poprzednich. W pewnym momencie dołączył do nas trzeci osobnik, ale kiedy i w jakich okolicznościach – nie mam pojęcia. Wiem za to, że zwrócił moją uwagę, bo wydawał się jeszcze bardziej podobny do mnie niż osoba trzymająca moją rękę: tak samo mały, identycznie ubrany.
Przemierzaliśmy kolejne miejsca, tylko że tym razem spotykaliśmy na swojej drodze osobników w maskach. Nie byłam w stanie rozpoznać ich ruchów ani celów, przez chwilę była pewna, że odprowadzą mnie z powrotem do jasnego pomieszczenia. Tylko że chwilę później coś czarnego dotykało ich szat, a z ciał zaczęła wyciekać gęsta, czerwona ciecz. Po drodze zabraliśmy ze sobą jeszcze jednego małego człowieka. Zwróciłam uwagę na ubranie, bo w przeciwieństwie do mojego wydzielało bardzo nieprzyjemny zapach i było mokre w jednym miejscu.
Na tym wspomnienia się urywają. Nie jestem w stanie określić, jak długo jeszcze przemierzaliśmy ciemne korytarze, czy ktoś nas po drodze atakował, a jeśli tak, to jak udało nam się uciec. W tamtym momencie nie wiedziałam, że zapamiętanie tego było ważne, nie miałam pojęcia, że cokolwiek może mieć znaczenie. Chaos doznań… to jedyne, co mi pozostało. Do tej pory potrafię przywołać wstrząs związany ze zmianą otoczenia, ale nie wiem, czy pierwszy powiew wiatru, który dotknął skóry, był przyjemny. Czy widok nieba zaciekawił czy przeraził, czy miękka ziemia pod stopami zwróciła uwagę bardziej niż fruwające w powietrzu liście. To było coś, czego nie mogę zapomnieć i jednocześnie nie potrafię zapamiętać, jakkolwiek by to bezsensownie nie brzmiało. Chociaż teraz znam mnóstwo słów, wciąż nie znalazłam odpowiednich na określenie tego, co się wtedy wydarzyło.

Komentarze